Najpóźniej za tydzień syndyk podejmie decyzję, czy sprzeda osiedle razem z mieszkańcami
Ponad 120 rodzin z bloków przy ul. Buczackiej stoi przed trudnym wyborem: albo spłacą dwa miliony długów swojego dewelopera, albo syndyk sprzeda ich mieszkania. Jakby tego było mało lokatorzy kłócą się między sobą
Wybór jest trudny, bo mieszkańcy osiedla mieszkania kupili już kilka lat temu. Zapłacili po około 2,5 tysiąca za metr kwadratowy. Nie są jednak ich właścicielami. Nie mają aktów notarialnych. Dlaczego? Przypomnijmy.
Spółka GI postawiła przy ul. Buczackiej najsłynniejszą samowolę budowlaną w Polsce. Jak się okazało inwestor nie miał ostatecznego pozwolenia na budowę. Osiedle od rozbiórki ocalił wyrok NSA rok z 2002 roku. Później spółka GI upadła, a jej długami zajął się syndyk masy upadłościowej. Teraz, by lokatorzy mogli w końcu mieszkać spokojnie, muszą te długi zapłacić. Syndyk wyliczył, że każda z rodzin musi wydać około 16 tys. złotych.
Brak informacji
14 lutego zbiera się rada wierzycieli upadłej spółki GI. Do tej pory Stowarzyszenie Mieszkańców Osiedle Buczacka, powołane przez lokatorów budynków, musi zgodzić się na warunki syndyka. W przeciwnym razie ten sprzeda osiedle. Razem z mieszkańcami.
- To bardzo korzystne warunki – przekonuje syndyk, Stanisław Suławka. Dług GI wynosi ok. 4 milionów 800 tys. zł. Tyle firma jest winna m.in. firmom budowlanym.
Gdyby mieszkańcy Buczackiej zapłacili 2 mln. zł to wierzyciele otrzymaliby tylko 40 proc. swoich należności.
- Jeśli będzie trzeba to zapłacę. Zrozumiałe, że wolałbym tego nie robić – mówi Maciej Chmielarz. Kupił już przecież swoje mieszkanie.
- Nie zapłacę, niby dlaczego? – zapewnia pan Jacek z bramy 6 F. Przytakuje mu kilku sąsiadów. Część pytanych przez nas lokatorów, w ogóle nie słyszała, że mogą ich czekać nowe wydatki. A nikt z pytanych przez nas nie wiedział, że 14 lutego może się okazać, że ich mieszkania razem z całym osiedlem zostaną sprzedane.
Dwa zarządy
Syndyk zaś podkreśla, że mimo naglących terminów nikt ze stowarzyszenia nie skontaktował się z nim. – Coś jest nie tak – dziwi się Suławka. – W dodatku dowiedziałem się, że w tak ważnym dla nich momencie lokatorzy się pokłócili.
Na klatkach schodowych pojawiła się informacja, że 28 stycznia na walnym zgromadzeniu odwołano dotychczasowy zarząd stowarzyszenia. Ten nowy nie chce podać powodów odwołania.- Na razie przeglądamy papiery, sprawdzamy czy wszystko jest w porządku – zapewnia Tadeusz Sumarowski z nowego zarządu.
Członkowie starego uważają, że odwołanie jest niezgodne z prawem.
- Do syndyka nasza odpowiedź dotrze w terminie. Wszystko skończy się pozytywnie – przekonuje Jacek Ambrozik, wiceprezes starego.
Autor artykułu: Marcin Gąsiorowski