Uniewinniony, ale siedzi

February 11th, 2005

Wyrok w sprawie strzelaniny w “Między Mostami”

Nie ma niezbitych dowodów na to, że to Grzegorz B. strzelał we wrześniu 1997 roku nad Odrą do ukraińskiego boksera Witalija D. – stwierdził wczoraj wrocławski sąd. I uniewinnił Grzegorza B., choć prokurator chciał dla niego kary, aż 12 lat więzienia.

Mało tego. Sędzia Alojzy Zawadzki wytknął prokuraturze wiele niedociągnięć. M.in. to, że świadkom przy identyfikacji nie okazywano oskarżonego, a tylko oglądali jego zdjęcia. I potem gdy sam postrzelony w brzuch Witalij D. zeznawał, że Grzegorz B. to nie ten mężczyzna, który do niego strzelał.
Sędziowie wrocławskiego sądu trzy razy jeździli do aresztu w Katowicach gdzie siedział Zdisław Ł., gangster z grupy “Krakowiaka”, który to, według zeznań świadków koronnych zeznających przed tamtejszym sądem, miał strzelać do Witalija D. Bo prokuratura, choć takie informacje miała to ich nie zweryfikowała. I gdy tam pojechali okazało się że obydwaj mężczyźni są bardzo do siebie podobni.
- Sąd nie oceniał czy strzelał Zdisław Ł. tylko czy nie ma wątpliwości, że zrobił to oskarżony Grzegorz B. – podkreślał sędzia Zawadzki.
Ale Grzegorz B, doprowadzany do sądu przez grupę antyterrorystów pozostanie za kratkami. Odsiaduje wyrok 15 lat pozbawienia wolności za próbę zabójstwa ochroniarza pod Jelenią Górą.

Autor artykułu: (kam)

Ekspresowa dostawa

February 10th, 2005

Policjanci z Centralnego Biura Śledczego przejęli narkotykową przesyłkę wartą ponad 80 tysięcy zł

Mieszkaniec Warszawy wysłał wałbrzyszance przesyłkę kurierską Pocztex. W środku były dwa kilogramy amfetaminy. Taką ilością można obdzielić ponad cztery tysiące osób!
Adresatem przesyłki była 36-letnia matka czworga dzieci. To do niej kurier przyniósł ponad dwa kilogramy narkotyku.
– Przedstawiliśmy jej zarzut posiadania znacznej ilości narkotyków, za co grozi do pięciu lat pozbawienia wolności – mówi Mariusz Dudkowski, prokurator, który prowadzi sprawę.
Wałbrzyszanka nie została tymczasowo aresztowana. Nie zastosowano wobec niej żadnych innych środków zapobiegawczych. Powód?
– Wątpliwości natury dowodowej co do sprawstwa. Narkotyki przyszły na określony adres, a kto miał być ich odbiorcą, dopiero ustalamy – ucina Marek Bzunek, wałbrzyski prokurator rejonowy.
Prokurator dodaje, że dla dobra śledztwa zdradzać nie może zdradzić wiecej szczegółów. Wody w usta nabrali również oficerowie wałbrzyskiego oddziału Centralnego Biura Śledczego, którzy przejęli przesyłkę i zawiadomili o sprawie prokuraturę.
Z naszych informacji wynika, że 36-letnia wałbrzyszanka zmienia zeznania. Najpierw mówiła, że ktoś poprosił ją, by odebrała pakunek. W ramach przysługi. Później wycofała się z tej wersji i zeznała co innego. Prokuratura nie potwierdza tego, ani nie zaprzecza.
Za kilka dni zapadnie decyzja, czy wałbrzyskiej sprawy nie przejmie warszawska prokuratura okręgowa. Sprawa nie jest bowiem wyłącznie lokalna. Nie bez znaczenia jest wartość narkotyków, którą (po cenach hurtowych) szacuje się na bagatela 80 tysięcy zł!
Próbowaliśmy się dowiedzieć się w warszawskiej centrali Poczty Polskiej (oferuje usługę Pocztex), czy instytucja ta kontroluje paczki i zapobiega podobnym praktykom. – Na razie zbieramy informacje – usłyszeliśmy w departamencie spraw publicznych i współpracy międzynarodowej dyrekcji generalnej Poczty Polskiej.

Autor artykułu: (AS)

Weźcie się w garść

February 10th, 2005

Na osiedlu działają dwa zwaśnione zarządy. Na porozumienie mają czas do końca tygodnia. Jeśli się szybko nie dogadają ich budynki, razem z lokatorami, zostaną wystawione na sprzedaż.

Nowy zarząd stowarzyszenia “Osiedle Buczacka”, który powstał dwa tygodnie temu, zawiadomił prokuraturę, że poprzedni zarząd łamał prawo i zarabiał na szkodzie lokatorów.
Tymczasem odwołany zarząd (który uważa, że odwołano go bezprawnie) zgłosił policji, że do jego siedziby włamali się lokatorzy i wynieśli część dokumentów, do czego nie mieli prawa. – Przesłuchaliśmy już dwie osoby – potwierdza Artur Falkiewicz z biura prasowego policji.
Problem w tym, że skłóceni lokatorzy osiedla mają na porozumienie niewiele czasu. 14 lutego zbiera się rada wierzycieli upadłej spółki GI. Spółka ta postawiła przy ul. Buczackiej najsłynniejszą samowolę budowlaną w Polsce. Jak się później okazało inwestor nie miał ostatecznego pozwolenia na budowę. Osiedle od rozbiórki ocalił wyrok NSA (wciąż nierozstrzygnięta sprawa wyburzenia ostatniego piętra). Mieszkańcy osiedla mimo iż zapłacili za swoje lokale, wciąż nie mają aktów notarialnych i nie są ich właścicielami. Aby to zmienić muszą przelać na konto syndyka 2 miliony złotych. Na rodzinę wychodzi po ok. 16 tys. zł. W przeciwnym wypadku osiedle będzie sprzedane.
- To bardzo korzystne warunki – przekonuje syndyk, Stanisław Fuławka. Dług GI wynosi ok. 4 milionów 800 tys. zł. Tyle firma jest winna m.in. firmom budowlanym.
- Wielokrotnie apelowałem do stowarzyszenia, aby dostarczono mi niezbędne dokumenty. A w styczniu słyszałem, że przecież były święta. Nie mogę już dłużej czekać. Lokatorzy weźcie się w garść! – apeluje syndyk Fuławka.
Gdyby nie udało się dojść do porozumienia, osiedle stanie się częścią masy upadłościowej spółki GI. Zostanie sprzedane na licytacji, aby wszyscy poszkodowani mogli otrzymać odszkodowanie.
- Oczywiście niemożliwe jest, aby wszyscy otrzymali zwrot poniesionych nakładów – mówi syndyk Suławka.

Piętro do rozbiórki
18 lutego wojewódzki sąd administracyjny stwierdzi, czy ostatnie kondygnacje budynków trzeba będzie wyburzyć. Wojewódzki inspektor nadzoru budowlanego uznał bowiem, że postawiono je niezgodnie z prawem budowlanym, są samowolą i tą trzeba usunąć.

Autor artykułu: Marcin Gąsiorowski

Badają przyczyny lawiny

February 10th, 2005

KARKONOSZE Lawinę, która przedwczoraj zasypała w Kotle Małego Stawu dwóch ratowników GOPR wywołał ich przejazd na nartach – uważa jeleniogórska prokuratura.

Przyczyny lawiny, która zabiła dwóch ratowników bada specjalna komisja GOPR. W jej skład weszli specjaliści zajmujący się lawinami. Nie wydali jeszcze żadnej opinii.
Odrębne postępowanie prowadzi prokuratura rejonowa w Jeleniej Górze.
– Z wstępnych ustaleń wynika, że lawinę wywołali ratownicy, którzy weszli na zamknięty dla ruchu turystycznego teren. Wyjaśniamy jeszcze, co tam robili – mówi prokurator rejonowy Andrzej Reczka.
Także wśród ratowników przeważa pogląd, że powodem zejścia lawiny w tzw. żlebie slalomowym był przejazd na nartach ich tragicznie zmarłych kolegów.
Naczelnik grupy karkonoskiej GOPR Maciej Abramowicz nie potrafi wyjaśnić, dlaczego ratownicy znaleźli się w tym zamkniętym dla turystów miejscu. Nikt im bowiem nie wydał polecenia, by udali się w to miejsce.
– Dyżur patrolowy polega na obserwacji szlaków i nartostrad. W żlebie slalomowym ich nie ma – tłumaczy Maciej Abramowicz.
W lawinie, zginęło dwóch młodych ratowników: 22-letni Mateusz H. i 31-letni Daniel W. Lawina zaskoczyła ich, gdy stali w połowie żlebu. Spod śniegu wydobyto ich po ponad dwugodzinnej akcji. Byli nieprzytomni. Mimo reanimacji nie odzyskali przytomności. Obaj zmarli po przetransportowaniu śmigłowcami do szpitali.
Według Jacka Kieżunia, zawodowego ratownika, który brał udział w akcji wydobywania kolegów spod lawiny, mieli oni niewielkie szanse na ucieczkę przed masami osuwającego się śniegu, ponieważ odpięli narty.

Autor artykułu: (RS)

Do dwóch razy sztuka

February 9th, 2005

Belgijska firma kupiła działkę przy pl. Bema

Działka przy placu Bema miała być hitem ubiegłorocznych targów nieruchomości w Monachium. Po nich z zamiarem jej kupna do gminy miały się zgłosić tabuny chętnych. Tymczasem pierwszy przetarg ochłodził nastroje urzędników. Zainteresowanych placem było kilku. Żaden jednak nie zamierzał zapłacić za niego 7,2 miliona złotych i plac trafił do drugiego przetargu. Gminnym urzędnikom tak bardzo zależało na jego sprzedaży, że obniżyli jego cenę o prawie 30 procent. Plac Bema potaniał o 2 miliony zł. Dzięki temu jednak znalazł się chętny. Wczoraj wylicytowała go belgijska firma Concept Invest, która zamierza wybudować centrum biurowe z apartamentami, galerią niewielkich sklepów i podziemnym parkingiem. Bez większego trudu kupiła działkę podbijając tylko jednokrotnie cenę wywoławczą na nieco ponad 5 milionów złotych. Oznacza to, że metr kwadratowy ziemi kosztował Belgów prawie 650 złotych.
- Firma ma ambitne plany. Budowę kilkupiętrowego budynku chce rozpocząć już niebawem. Budynek ma być gotowy jesienią przyszłego roku – mówi Marcin Garcarz, rzecznik prasowy prezydenta.

Autor artykułu: (Przem)

Wniosek ten sam, inne tłumaczenia

February 9th, 2005

Gmina po raz kolejny złożyła wniosek w Urzędzie Zamówień Publicznych, dzięki któremu w ręce Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego mają trafić wszystkie sprawy związane z biletami. Według pomysłu władz miasta MPK miałoby zająć się ich dystrybucją i kontrolami w autobusach oraz tramwajach. Władze Wrocławia tłumaczą, że w ten sposób przewoźnikowi zacznie zależeć na pasażerach. Konkurencja MPK jest jednak oburzona i oskarża gminę o próbę stworzenia monopolu. Miedzy innymi przez te protesty UZP już raz odrzucił wniosek gminy o przekazanie całości spraw związanych z biletami MPK. – Pierwszego lutego ponownie złożyliśmy ten sam wniosek w urzędzie. Zmieniło się tylko jego uzasadnienie. Teraz jest dużo obszerniejsze. Podkreślamy w nim, że MPK będzie musiało przejąć w całości odpowiedzialność za dystrybucję biletów. A więc wszystkie 120 umów oraz ponad dwa i pół tysiąca punktów gdzie bilety są sprzedawane – potwierdza Sławomir Najnigier, wiceprezydent Wrocławia.

Autor artykułu: (BK)

Ratownik przybył na czas

February 9th, 2005

Chłopak tonął w rzece, a tłum gapiów stał na moście i tylko patrzył

- To cud. Adrian nie umie pływać. To naprawdę cud, że ten pan się tam znalazł. Bardzo mu dziękuję – ze łzami w oczach mówi Jolanta Wasilewska, mama jedenastolatka

- Nie ma o czym pisać. Zwykle jeżdżę inną trasą i o innej porze – rzuca skromnie Tomasz Szumotalski, który rzucił się w lodowatą toń i wespół z kolegami z pracy wyciągnął chłopca. Przy okazji zranił się w nogę i nadwyrężył ścięgno. Nie przejmuje się tym. Najwyżej nie pojedzie na narty. Zamoczył też dokumenty, telefon, portfel. Schną na kaloryferze. – Najsmutniejsze jest jednak to, że na moście stało ze dwadzieścia osób, dorosłych i dzieci, i nikt chłopakowi nie pomógł. Tylko patrzyli – mówi.
Wszystko działo się wczoraj, około godziny 15 na moście Na Niskich Łąkach. Po lekcjach Adrian wybrał się z kolegami nad rzekę. Wszedł na lód. Tafla okazała się zbyt krucha. Jedenastolatek wpadł do lodowatej wody. Przez kilkanaście minut łapał się kry, ale ta, pod wpływem jego ciepłych rąk, topniała. Dzięki ortalionowej kurtce, która napuchła jak balon, i plecakowi udawało mu się utrzymać na powierzchni. Właściwie w ostatnim momencie dostrzegli go pracownicy firmy budowlanej Bohen, którzy wracali do domu. Nie wiedzieli, czy to piłka wpadła do Oławy, czy też dziecko tonie.
- Zauważyliśmy, że coś się dzieje na moście. Zawróciliśmy, a Tomek tylko zdjął kurtkę i wskoczył – relacjonuje Piotr Józefiak, znajomy Szumotalskiego. – Potem odwiozłem chłopaka do domu, bo było najbliżej. Rodzice byli w szoku. Zadzwonili po pogotowie.
Adrian trafił do szpitala na obserwację. Jeżeli wszystko będzie w porządku, powinien za kilka dni wyjść z lecznicy.
- Nic mu nie jest. Tylko trochę się wyziębił. Był cały czas przytomny, nie ma żadnego złamania, głowa cała. Musi tylko poleżeć, żeby go poobserwować – cieszą się matka i dwie siostry: Kinga i Andżelika. – Teraz jest u niego tato.
O odwadze swojego męża Agnieszka Szumotalska przekonała się już kilka razy. W ubiegłym miesiącu uratował sarnę. Wskoczyła na ogródki działkowe nieopodal domu, ale wyjść już nie potrafiła. Próbowała wyskoczyć, ale tylko się poraniła o kolczaste ogrodzenie.
- Przyszedł wtedy cały pokrwawiony. Myślałam, że miał wypadek – opowiada pani Agnieszka. – A wczoraj, kiedy wszedł do domu przemoczony, tylko w slipkach, też pomyślałam, że coś mu się stało.

Autor artykułu: Elżbieta Guzowska

Turów chce Reevesa

February 8th, 2005

Brandon Brown nie zagra w Zgorzelcu

Ostatnie dni są bardzo gorące w Zgorzelcu. Telefon prezesa Zbigniewa Kamińskiego i trenera Mariusza Karola niemal nie milknie. Wczoraj kilka razy przesuwano termin rozmów z agentem Brandona Browna, który właśnie rozstał się z Notecią. Ostatecznie Amerykański skrzydłowy trafi do ligi greckiej (wczoraj miał już podpisany wstępny kontrakt z Ionikosem Ateny), bo Turów koniecznie chce mieć u siebie amerykańskiego rozgrywającego z bogatą przeszłością w NBA – Khalida Reevesa (33 lata, 191 cm wzrostu). W swojej karierze ten zawodnik przez sześć sezonów grał w 6 klubach NBA (Miami, New Jersey, Charlotte, Dallas, Detroit, Chicago). W sumie zagrał w 277 spotkaniach (113 w pierwszej piątce), zaliczając w nich średnio 21,1 minuty gry i zdobywając 7,8 punktu, 3,2 asysty, 2,1 zbiórki. W najlepszym sezonie (debiutancki rok w Miami – 94/95) notował 9,2 punktu i 4,3 asysty). Po raz ostatni grał w NBA w 200 roku w Chicago Bulls (podpisał wówczas krótki, 10-dniowy kontrakt). Ostatnio grał w Wenezueli (wybrany został nawet MVP play off), ale generalnie opinie na temat jego gry są bardzo różne. Najlepiej zweryfikuje je praktyka.
Reeves ma być w Polsce w czwartek, ale nie jest to jeszcze wcale przesadzone. Do wczorajszego wieczora nie odesłał bowiem jeszcze podpisanego kontraktu. W Stanach Zjednoczonych zatrzymują go ponoć sprawy osobiste (rodząca żona).
Przed sezonem propozycję zatrudnienia tego zawodnika odrzucił Deichmann Śląsk Wrocław. Amerykanin ma zarabiać około 7 tysięcy dolarów miesięcznie.

Autor artykułu: (ML)

Na Buczackiej wrze

February 8th, 2005

Najpóźniej za tydzień syndyk podejmie decyzję, czy sprzeda osiedle razem z mieszkańcami

Ponad 120 rodzin z bloków przy ul. Buczackiej stoi przed trudnym wyborem: albo spłacą dwa miliony długów swojego dewelopera, albo syndyk sprzeda ich mieszkania. Jakby tego było mało lokatorzy kłócą się między sobą

Wybór jest trudny, bo mieszkańcy osiedla mieszkania kupili już kilka lat temu. Zapłacili po około 2,5 tysiąca za metr kwadratowy. Nie są jednak ich właścicielami. Nie mają aktów notarialnych. Dlaczego? Przypomnijmy.
Spółka GI postawiła przy ul. Buczackiej najsłynniejszą samowolę budowlaną w Polsce. Jak się okazało inwestor nie miał ostatecznego pozwolenia na budowę. Osiedle od rozbiórki ocalił wyrok NSA rok z 2002 roku. Później spółka GI upadła, a jej długami zajął się syndyk masy upadłościowej. Teraz, by lokatorzy mogli w końcu mieszkać spokojnie, muszą te długi zapłacić. Syndyk wyliczył, że każda z rodzin musi wydać około 16 tys. złotych.

Brak informacji

14 lutego zbiera się rada wierzycieli upadłej spółki GI. Do tej pory Stowarzyszenie Mieszkańców Osiedle Buczacka, powołane przez lokatorów budynków, musi zgodzić się na warunki syndyka. W przeciwnym razie ten sprzeda osiedle. Razem z mieszkańcami.
- To bardzo korzystne warunki – przekonuje syndyk, Stanisław Suławka. Dług GI wynosi ok. 4 milionów 800 tys. zł. Tyle firma jest winna m.in. firmom budowlanym.
Gdyby mieszkańcy Buczackiej zapłacili 2 mln. zł to wierzyciele otrzymaliby tylko 40 proc. swoich należności.
- Jeśli będzie trzeba to zapłacę. Zrozumiałe, że wolałbym tego nie robić – mówi Maciej Chmielarz. Kupił już przecież swoje mieszkanie.
- Nie zapłacę, niby dlaczego? – zapewnia pan Jacek z bramy 6 F. Przytakuje mu kilku sąsiadów. Część pytanych przez nas lokatorów, w ogóle nie słyszała, że mogą ich czekać nowe wydatki. A nikt z pytanych przez nas nie wiedział, że 14 lutego może się okazać, że ich mieszkania razem z całym osiedlem zostaną sprzedane.

Dwa zarządy

Syndyk zaś podkreśla, że mimo naglących terminów nikt ze stowarzyszenia nie skontaktował się z nim. – Coś jest nie tak – dziwi się Suławka. – W dodatku dowiedziałem się, że w tak ważnym dla nich momencie lokatorzy się pokłócili.
Na klatkach schodowych pojawiła się informacja, że 28 stycznia na walnym zgromadzeniu odwołano dotychczasowy zarząd stowarzyszenia. Ten nowy nie chce podać powodów odwołania.- Na razie przeglądamy papiery, sprawdzamy czy wszystko jest w porządku – zapewnia Tadeusz Sumarowski z nowego zarządu.
Członkowie starego uważają, że odwołanie jest niezgodne z prawem.
- Do syndyka nasza odpowiedź dotrze w terminie. Wszystko skończy się pozytywnie – przekonuje Jacek Ambrozik, wiceprezes starego.

Autor artykułu: Marcin Gąsiorowski

Odetchną świeżym powietrzem

February 8th, 2005

Ministerstwo Środowiska przygotowuje nowe przepisy, dzięki którym można będzie walczyć z uciążliwymi zapachami

– Z cuchnącym powietrzem jest jak z nogami: wyglądają na czyste, a jednak śmierdzą – mówi dr hab. inż. Mirosław Szklarczyk z Politechniki Wrocławskiej, który zajmuje się badaniem odorów w powietrzu.

Śmierdzi ci czymś w mieszkaniu lub za oknem? Najprawdopodobniej już w czerwcu kiper smrodu sprawdzi skąd wydobywa się przykry zapach i co z tym można zrobić.
Na usługę kiperów mogą liczyć państwo Muchowie z ulicy Stalowej. W ich mieszkaniu śmierdzi od kilku miesięcy. Pani Zofia skarży się na bóle głowy i nudności. Smród udaje się wygonić tylko dzięki otwartym na oścież oknom.
– Byli u nas kominiarze i pan z działu technicznego administracji. Sanepid mierzył, czy nie wydziela się tlenek węgla. Nie wiemy już gdzie szukać pomocy – żali się pani Zofia.
Skarg na smród jest coraz więcej. W ubiegłym roku do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska wpłynęło ich ponad 80. Dlatego ministerstwo środowiska wprowadza nowe przepisy, które określają normy maksymalnego stężenia odoru w powietrzu.
Odlotowe gazy
Wrocław jest znakomicie przygotowany do nowych przepisów. Na politechnice od kilkunastu lat prowadzone są badania nad odorami. Naukowcy najpierw jadą do zakładu, który produkuje brzydkie zapachy: do świniarni lub oczyszczalni ścieków. Tam pobierają próbki tzw. gazów odlotowych. Pakują je do specjalnych torebek foliowych i wiozą do laboratorium.
Tu czterech ekspertów o średnio czułych nosach wkracza do akcji. Nie muszą mieć też wybitnego powonienia. Wręcz przeciwnie – mają odznaczać się węchem przeciętnego człowieka. Nie muszą przestrzegać żadnej diety. Pół godziny przed badaniem nie mogą zjeść ostro przyprawionego obiadu ani zapalić papierosa. Nie powinni używać intensywnie pachnących kosmetyków.
Nawet zlikwidować!
Na razie ekspertami od smrodu są studenci. – Wąchają różnie rozcieńczone próbki. Mówią: tu jeszcze nic nie czuję, a tu wyczuwam cień zapachu – mówi dr Szklarczyk.
Gdy przepisy wejdą w życie w zespole kiperów mają znaleźć się: osoby skarżące się na przykre zapachy przedstawiciele “oskarżonego” o smród zakładu i inspektorzy ochrony środowiska.
Potem naukowcy obliczą, jak stężenie brzydkiego zapachu rozkłada się w okolicy. Określą w jakiej odległości od śmierdzącego zakładu panuje odór nie do wytrzymania.
Ekspertyza będzie mogła być podkładką do nakazania smrodliwej firmie zmniejszenia emisji brzydkich zapachów.

Autor artykułu: Anna Gabińska, Elżbieta Guzowska