Rozmowa z dr Ryszardem Frankowiczem, prezesem stowarzyszenia Obrony Praw Pacjenta
- Ile Pan dziennie odbiera telefonów od ludzi, którzy czują się pokrzywdzeni przez służbę zdrowia?
- Kilkadziesiąt. W ciągu prawie dziesięciu lat działania stowarzyszenia zdokumentowaliśmy ponad 35 tysięcy zdarzeń.
- Co z nich wynika?
- To, co najbardziej dolega naszej służbie zdrowia. Wbrew powszechnej opinii, wcale nie są to błędy w sztuce lekarskiej. Według naszych statystyk, największym problemem jest niedbalstwo i związany z nim stan sanitarny szpitali. Szacuje się, że 30 proc. pacjentów ulega zakażeniom wewnątrzszpitalnym. Z nich wynikają różne powikłania, czasem też zakończone zgonem. Pobyt w szpitalu jest po prostu dla pacjenta niebezpieczny. A to już nie jest wina lekarzy. Co z tego, że dobrze wykonali swoją pracę, operacja się udała, skoro chory zakaził się gronkowcem i zmarł? Co z tego, że dziecko urodziło się zdrowe, jesli na skutek zakażenia w szpitalu zostało okaleczone do końca życia? Za taką sytuację nalezy winić dyrektorów placówek oraz służby sanitarne. Dyrektorzy nie zgłaszają do Sanepidu wszystkich przypadków zakażeń, chociaż mają taki obowiązek, Sanepid nie reaguje.
- Jednak błędy w sztuce lekarskiej zdarzają się chyba dość często. Nieustająco się słyszy o operowaniu zdrowej nogi, zamiast chorej, zaszywaniu w ciele pacjentów różnych przedmiotów, itp.
- Oczywiście, jest grupa lekarzy nieudaczników, którzy krzywdzą pacjentów. Ale to w rzeczywistości wąska grupa. Należałoby ją eliminować z zawodu. Samorządy lekarskie, zamiast karać upomnieniami czy naganami, powinny mieć prawo odebrania takim lekarzom specjalizacji. Problem by się rozwiązał. Szkoda, że samorządy nie tylko nie mają takich możliwości, ale i nie chą ich mieć. Mimo to, uważam, że za bardzo egzaltujemy się takimi przypadkami. To nie jest sedno problemu.
- Stowarzyszenie pomaga pokrzywdzonym pacjentom i ich rodzinom w walce przed wymiarem sprawiedliwości. Czy to droga przez mękę?
- Mamy sporo zwycięstw, ale i też mnóstwo porażek, związanych z procesami sądowymi. Nie chodzi tylko o przegrane sprawy, ale o to, jakie kwoty zasądzane są jako zadośćuczynienia lub odszkodowania. Trudno słuchać spokojnie wyroku, w którym sąd uznaje, że za śmierć 14-letniego dziecka przy laparoskopii rodzice mają dostać 50 tysięcy zł. Trudno doszukać się sprawiedliwości, skoro w jednym sądzie dziewczyna, której wycięto przez pomyłkę zdrowy jajnik dostaje 70 tys. zł, a w drugim – 10 tys. zł. Z tym, że w tej drugiej sytuacji kobiecie wycięto oba jajniki!
- Może trzeba się cieszyć, że w ogóle udaje się wygrywać tego typu sprawy?
- Zawsze będę twierdził, że zasądzane kwoty nie mogą być niższe niż na Zachodzie. Nasz pacjent jest takim samym człowiekiem, nie widzę powodu, by jego zdrowie czy życie miałoby mieć inną cenę. Tymczasem ma ją znacznie niższą. Nasz pacjent zdecydowanie nie jest w Europie. Tym bardziej to oburza, że polskie szpitale są ubezpieczone na duże kwoty. Godziwe odszkodowania nie zaszkodziłyby ich istnieniu.
- Jaką sprawę uważa Pan za największe zwycięstwo?
- Kiedyś w dwóch polskich ośrodkach wszczepiano dzieciom druty do kręgosłupa, lecząc w ten sposób skoliozę, a tak naprawdę je okaleczając. Wygraliśmy 150 tys. zł odszkodowania i dożywotnią rentę dla dziecka. Udało się nam udowodnić, że druty nie miały atestów i nie były – jak twierdzono, szwedzkim superwynalazkiem. To jeden z większych sukcesów.
- Pan także jest lekarzem. Jak to się stało, że występuje Pan przeciwko własnemu środowisku, uznawanemu za wyjątkowo solidarne? Czy to pieniactwo, czy niebywała odwaga?
- Za pieniacza się nie uważam, bo stowarzyszenie angażuje się tylko w uzasadnionych sytuacjach. Przysięgi Hipokratesa nie składałem na wierność środowisku, ale na wierność pacjentowi. Dla mnie to jego dobro jest nadrzędne. Co do solidarności zawodowej lekarzy: rzeczywiście jest ona ogromna. Jednak coraz częściej się zdarza, że to właśnie lekarze zgłaszają do nas różne nieprawidłowości. Nie występują przeciwko swoim kolegom, ale przeciwko placówkom, w których pracują i w których wiele rzeczy widzą. Jeszcze nie robią tego otwarcie, jeszcze się boją, ale to także kiedyś się zmieni.
- Dziękuję za rozmowę
Autor artykułu: Alicja Giedroyć