Archive for February, 2005

Ekstremalne klimaty

Saturday, February 19th, 2005

W Kotlinie Kłodzkiej zaplanowano zawody Bergson Winter Challenge 2005
Chociaż start do pierwszego biegu nastąpi już w poniedziałek 28 lutego (drugi 3 marca) nadal w tajemnicy utrzymywane są dokładne trasy.
– Chodzi o to, by zgłoszone zespoły nie mogły specjalnie się przygotować do konkretnych tras – wyjaśnia Paweł Fąferek, szef największego w Polsce rajdu ekstremalnego. Wiadomo, że zarówno wyścig extreme (400 km) jak i speed (100 km) będzie odbywał się w rejonie Złotego Stoku, i Srebrnej Góry. Zawody są niezwykle widowiskowe, atrakcyjne dla widzów, ale też trudne do obejrzenia dla kibiców. Wystartują zespoły z czołówki europejskiej.
– Czas rywalizacji to kilkadziesiąt godzin non-stop, zatem drużyny o różnych porach dnia i nocy będą się pojawiać w konkretnych punktach kontrolnych. Widzowie muszą być cierpliwi – dodaje Paweł Fąferek. Drużyny przechodzą mostami linowymi nad wodospadem, wspinają się na linach, eksplorują sztolnie. Wszystko z ciężkim sprzętem na plecach. Kilkaset kilometrów pokonują marszem lub na rowerach górskich.

Autor artykułu: (SKI)

Zwolennicy sztucznej trawy

Saturday, February 19th, 2005

Partyka, Szałęga, Witkowski i Kovac będą grać w Górniku

W piątek piłkarze Górnika Polkowice wrócili ze zgrupowania w Dzierżoniowie, gdzie na sztucznej trawie rozegrali kilka sparingów.
- Z jednej sztucznej trawy, przenosimy się na inną. W sobotę (godz. 11) w Zielonej Górze zmierzymy się z tamtejszą Lechią. Wszelkie sprawy formalne związane z transferami Kamila Witkowskiego, Bartosza Partyki, Marcina Szałęgi i Pavola Kovaca mamy załatwione. Prawdopodobnie już w poniedziałek podpiszemy z nimi kontrakty – zapewnia Mariusz Jurak, kierownik sekcji w Górniku.
W czwartek podopieczni Wiesława Wojny zagrali towarzysko z Polarem. Dosyć niespodziewanie ulegli 0:3 trzecioligowemu Polarowi.
- Sparingi rządzą się swoimi prawami, ale nawet w nich, lepiej jest wygrywać. Choć ten mecz odbył się w bardzo trudnych warunkach pogodowych – zauważa Mariusz Jurak.
W Dzierżoniowie Górnik wystąpił w następującym składzie: Radliński – Kocot, Malinowski, Adamczyk, Kalinowski – Kowac, Wacławczyk, Łacina, Rogóż – Moskal, Kazimierczak. Grali także: Szałęga, Huebscher, Witkowski, Adamski,Górski, Manuszewski, Lamberski.

Autor artykułu: (im)

Konie i koniec

Saturday, February 19th, 2005

Pytanie o najbardziej zapalonego wielbiciela wierzchowców na wrocławskich Partynicach jest nie na miejscu – tam nie spotyka się innych. Ale wicedyrektor torów Ryszard Biliński odpowiada bez namysłu – Agnieszka Bienert.

- Konie zawsze były dla mnie najważniejsze. Ja się z tym urodziłam – mówi skromnie pani Agnieszka. Tę drobną blondynkę spotykam, a jakże by inaczej, w stajni, w której pracuje. Rano zajmuje się zwierzętami, po południu uczy jazdy konnej i dba o swojego ulubieńca – karego Dębika.
– Jesteś głodny? – zagaduje do wierzchowca z daleka. Ten natychmiast odpowiada twierdząco głośnym, przeciągłym rżeniem. Dorodna marchewka uspokaja go na chwilę.
W tym czasie możemy porozmawiać. Agnieszka mówi, że na tor przyprowadziła ją koleżanka, której siostra jeździła sportowo. – I już tu zostałam – wspomina. – Uczyłam się jeździć na koniach wyścigowych, które robiły ze mną, co chciały. Właściwie, mówiąc szczerze jazdy było niewiele, bo głównie spadałam na ziemię. Miałam za mało siły – śmieje się ze swoich pierwszych kroków.
Startowała w wyścigach, ale nie dawało jej to satysfakcji. Z koniem wyścigowym nie nawiązuje się tak silnego związku emocjonalnego, jak ze sportowym, który startuje w zawodach ujeżdżenia. – Jeśli jeździec z koniem nie rozumieją się i nie lubią, nic z tego nie będzie – wyjaśnia. Pierwszym koniem pani Agnieszki był Czubik. Ale zmarł po 3 miesiącach. – To była dla mnie nieodżałowana strata – mówi smutno.
Wkróce jednak pojawił się charakterny Dębik. – Często nasze poglądy nie zgadzają się. Zdarzyło się tak również w czasie jednego z konkursów – opowiada właścicielka rumaka. – Kiedy trzeba było na parkurze wykonać zaplanowane figury, Dębik postanowił, że będzie chodził tyłem. Czyli zamiast jazdy obowiązkowej, wykonał program dowolny – w tym momencie czule klepie zwierzaka po karku. Widać, że rozumieją się bez słów. Pewnie dlatego, że jak przyznaje pani Agnieszka, oboje niezbyt lubią dyscyplinę.
– Ten koń to moja rodzina – tłumaczy. – Zdarzają się w życiu trudne chwila. On pozwala mi je przeżyć. Wiem, że czeka na mnie i liczy na moje pojawienie się.
Dlatego nie ma dnia, by wierzchowiec i jego właścicielka nie spotkali się. Przed południem Dębik czeka niecierpliwie na trening „pod siodłem”, po południu jest obowiązkowy spacer. Utrzymanie zwierzęcia to dla właścicielki najważniejszy punkt budżetu miesięcznego – kosztuje około 600 złotych. – Hierarchia rzeczy ważnych jest ustalona: koń, potem pies – amstaf Deryl, a na końcu ja – wylicza. Żałuje, że nie można na spacer wybrać się z obydwoma zwierzakami naraz. – Nic dobrego nie wyniknęłoby z tego – uśmiecha się znacząco.
Wszystkie swoje plany zawodowe wiąże z końmi. Chciałaby zostać intruktorem sportowym. Przymierza się też do trenowania skoków przez przeszkody. – Po prostu nie wyobrażam sobie życia bez koni – przyznaje Agnieszka Bienert. Dębik patrzy jej głęboko w oczy, po czym zaczyna szczypać w ramię. Sugeruje, że pora kończyć gadanie i zabrać się za to, co najważniejsze – zabawę z nim.

Autor artykułu: Maciej Sas

Przestępstwo gimnazjalistów

Thursday, February 17th, 2005

Piława Górna Dwóch piętnastolatków zgwałciło swoją rówieśniczkę, czy sąd potraktuje ich jak dorosłych?

Rozpoczęło się postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Na sali sądowej stawił się tylko jeden z chłopców. Drugi wcześniej próbował popełnić samobójstwo. Nałykał się tabletek uspokajających. Nie wiadomo, czy to z powodu gwałtu. Podobno porzuciła go dziewczyna. Teraz przebywa w zakładzie psychiatrycznym.
Chłopcom postawiono za-rzut gwałtu na nieletniej.
Za gwałt zbiorowy grozi im od 2 do 12 lat więzienia.
Nie wiadomo, czy sąd jednak zdecyduje się ich karać jak dorosłych. To może spotkać jednego z chłopców. – Teoretycznie istnieje taka możliwość, jeśli sprawca miał skończone piętnaście lat w momencie popełniania czynu – wyjaśnia sędzia Tomasz Białek z Sądu Okręgowego w Świdnicy.
Sprawa toczy się za zam-kniętymi drzwiami.
Dziewczyna została zwabiona przez kolegów na działkę. Tam, w altance chłopcy zgwałcili ją. Milczała przez kilka tygodni. Potem wyznała wszystko matce.
Chłopcy chodzą z nią do gimnazjum w Piławie. Jeden z nich miał już skończone 15 lat, gdy doszło do tego zdarzenia.
– W szkole nie było z nimi problemów – mówi Mariola Początek, dyrektor piławskiego gimnazjum. – Ale są nadpobudliwi. Przebywają w złym środowisku. W gimnazjum na początku o gwałcie wszyscy mówili. Później sprawa ucichła.
Teraz jednak, to zdarzenie wraca.

Autor artykułu: (KO)

Patent na paznokcie

Thursday, February 17th, 2005

DZIERŻONIÓW Czy nowatorski pomysł firmy Metzeler sprzeda się za granicą?

K ierownictwo Metzelera pochwaliło się swoim pomysłem finansowania pracownicom tipsów na paznokciach w me-diach ogólnopolskich. Program o tipsach nagrała też niemiecka telewizja. Jest szansa, że w fabrykach o podobnym profilu tipsy staną się normą unijną.
Tipsy zafundowano pracownicom wykańczalni w firmie Metzeler w dzierżoniowskiej strefie ekonomicznej. Wykańczarki własnymi dłońmi oczyszczają gumę z wszelkich nierówności. I przez to miały połamane paznokcie i pozdzierany naskórek. Kłopoty skończyły się, gdy szef u jednej z pań zauważył tipsy, które zapobiegają niszczeniu opuszków palców. Zarządził taką ochronę paznokci dla wszystkich. Poprawiła się też od razu jakość, wydajność i szybkość pracy. Teraz panie z wykańczalni co jakiś czas chodzą do kosmetyczki, która nakleja im sztuczne paznokcie. Płaci za to firma.

Autor artykułu: (KO)

O ropuchach, co w rzeźni śpiewały

Thursday, February 17th, 2005

Ruiny starej rzeźni przy ul. Legnickiej było ukochanym miejscem wrocławskich… ropuch. Czasem,można było usłyszeć naraz nawet 40 głosowy chór samców… tych płazów . Ale w tym miejscu lada chwila mają się zacząć roboty budowlane pod centrum handlowe i dlatego przyrodnicy postanowili ropuchy w inne miejsce.
- Ropuchy lubiły to miejsce: otwarta, nasłoneczniona przestrzeń, żwirowe podłoże – mówi Łukasz Iwaniuk, student biologii Uniwersytetu Wrocławskiego.
Przyrodnicy z Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Przyrody “proNatura” słysząc o planach budowy Galerii Legnickiej na ruinach rzeźni postanowili przeprowadzić płazy w bezpieczne miejsce. Ponad 200 sztuk zgodził się przyjąć na swoje gospodarstwo rolnik z Samotworu pod Kątami Wrocławskimi.- Te zwierzęta jak wszystkie płazy w Polsce, są pod ochroną. W ich menu znajduje się wiele szkodników, z którymi walczy człowiek: stonka ziemniaczana, larwy owadów i nagie ślimaki. na wsi będzie im dobrze – przekonuje Łukasz.

Autor artykułu: (ANA)

Szansa dla górników

Wednesday, February 16th, 2005

Kiedyś pracowali w wałbrzyskich kopalniach. Teraz starają się o zatrudnienie na Górnym Śląsku

Kilkudziesięciu gwarków chce rozpocząć pracę w śląskich spółkach węglowych. – W ten sposób, pracując dotrwamy do emerytury. Nie znamy jednak jakie są warunki tego zatrudnienia – denerwują się. Mają one być ujawnione dopiero po zamknięciu listy chętnych

Byli górnicy z regionu wałbrzyskiego po zabraniu im rent przez lekarzy orzeczników nie mają, gdzie przepracować brakujących im lat, czy też miesięcy, do emerytury.
- Gdy wybieram się do pracodawcy to słyszę, że miejsce górnika jest w kopalni, a tych przecież u nas już dawno nie ma. Co mam począć?! – denerwuje się Janusz Galas.

Utracone renty
Był maszynistą kopalnianego elektrowozu. Pod ziemią przepracował niecałe 20 lat.
- Lekarze wysłali mnie na rentę z powodu 30-procentowej utraty słuchu. Później stwierdzili, że mi się ona nie należy, więc jestem zdolny do pracy. Ale roboty nie ma – dodaje.
Od kilku już lat pan Janusz chodzi po sądach i walczy o sprawiedliwość. Zdarza się, że przepracuje kilka miesięcy w roku.
- Ale są to dorywcze zajęcia, nic stałego. A 50 lat na karku już jest, więc chętnych do zatrudnienia mnie również brakuje – powiada.
Chce wrócić do pracy pod ziemią.

Sprzęt już nie ten
- Mógłbym dalej być maszynistą elektrowozu – uważa.
- Ale tam elektrowozów chyba już nie ma. Inna technika, inne wydobycie. Możemy mieć problemy. Bez douczenia będzie trudno – twierdzi Janusz Lewandowski, któremu do 25 lat pracy brakuje niespełna dwa lata.
I on stracił rentę, a pracy znaleźć nie może. Szansą może być jedynie wyjazd tam, gdzie działają jeszcze kopalnie węgla.
Jest już zgoda ministerstwa gospodarki i spółki restrukturyzacji kopalń, by gwarkowie z regionu wałbrzyskiego rozpoczęli pracę w kopalniach na Górnym Śląsku. W szukaniu wakatów ma pomóc Górnicza Agencja Pracy.
Izabela Bara, kierownik instytutu szkoleniowo-doradczego w katowickiej GAP mówi, że przyjęcie do pracy poprzedza cała procedura. Gdy do agencji trafi lista osób chętnych zwołane ma być spotkanie zespołu do spraw alokacji. A ten powstał po to, by ułatwić zatrudnienie górnikom z likwidowanych bądź łączonych kopalń.
- W ciągu miesiąca, od otrzymania listy powinno być jasne ile osób zatrudnią spółki węglowe i na jakich warunkach – zapewnia Bara.
Gwarkowie liczą na minimum 1,5 tys. zł netto zarobków.
- Jak dadzą mieszkanie, to może być trochę mniej – mówią górnicy.
Szczegóły nie są jednak znane.
- Na razie zbieramy listy motywacyjne i życiorysy od chętnych. Zajmie to dwa tygodnie, więc trzeba się spieszyć – mówi Zygmunt Bielecki, szef wałbrzyskiego Stowarzyszenia Ubezpieczonych, zrzeszającego gwarków, którzy po lekarskich orzeczeniach stracili renty.

Czekają na zgłoszenia
O zatrudnieniu górników w śląskich kopalniach będą decydować przedstawiciele: Kompanii Węglowej, Jastrzębskiej Spółki Węglowej oraz Katowickiego Holdingu Węglowego. Wszyscy chętni do wyjazdu mogą się zgłaszać do siedziby Stowarzyszenia Ubezpieczonych (ul. Moniuszki 2 w Wałbrzychu). Informacje są udzielane, a dokumenty przyjmowane we wtorki i środy w godz. 10.00-14.00.

Autor artykułu: Stefan Augustyn

Alarm odwołany

Wednesday, February 16th, 2005

ZGORZELEC Kapryśna aura przetestowała przygotowanie służb ratowniczych

Sporo strachu najedli się mieszkańcy kilku miejscowości położonych nad Nysą, gdy stan wody w rzece przekroczył próg alarmowy. Zagrożenie na szczęście minęło, ale w każdej chwili woda znów może być groźna.

Poziom Nysy Łużyckiej powoli opada, ale podczas ostatnich nocy było już naprawdę groźnie. – W ciągu kilku ostatnich dni zanotowaliśmy intensywne opady, na poziomie 14,6 – 15,6 mm. W północnych Czechach były one jeszcze większe, 23 – 28 mm – mówi Józefa Malinowska z biura prognoz hydrologicznych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu. Deszcze i dodatnie temperatury sprawiły, że zaczęła topnieć pokrywa śnieżna w Górach Izerskich i do Nysy Łużyckiej i jej dopływów spłynęły spore masy wody.
W niedzielę wieczorem poziom wody w Porajowie wzrósł o 94 cm, w Sieniawce o 130 cm a na wodowskazie w Ostróżnie nad zalewem Witka o 150 cm. W poniedziałek w nocy Nysa w Zgorzelcu osiągnęła 340 cm i był to już poziom alarmowy. Podobnie zresztą jak w Porajowie i Sieniawce.
Z tego powodu w stan podwyższonej gotowości postawieni zostali samorządowcy m.in. w Bogatyni. W zgorzeleckim Centrum Zarządzania Kryzysowego dyżur pełnił Piotr Pawlas, pełnomocnik starosty zgorzeleckiego.
- To nie był jeszcze alarm powodziowy, ale należało wykazać się czujnością – mówi pan Pawlas. Pod telefonami czuwały m.in. osoby odpowiedzialne za ewentualną ewakuację ludności, za wydawanie worków i piasku. Na szczęście deszcze przeszły stopniowo w śnieg. Wczoraj i w poniedziałek sytuacja zaczęła wracać do normy. Fala wielkiej wody minęła Zgorzelec i zeszła na północ.
Każda kolejna zmiana warunków atmosferycznych może jednak przynieść także zmianę sytuacji hydrologicznej na Nysie i jej dopływach. – Jesteśmy na to przygotowani – uspokaja Piotr Pawlas. W całym powiecie gminne sztaby powodziowe mają zmagazynowane ponad 67 tys. worków na piase,k a w odwodzie 26 samochodów do ewentualnej ewakuacji ludności. Razem z wyposażeniem, jakim dysponują państwowa straż pożarna i miejscowe firmy, daje to imponującą liczbę 168 tys. worków i prawie 80 samochodów. Do udziału w akcji powodziowej w każdej chwili może zostać zmobilizowanych ponad 1000 osób.

Pierwszy alarm
W listopadzie ub. r. w siedzibie komendy powiatowej PSP w Zgorzelcu otwarte zostało Powiatowe Centrum Zarządzania Kryzysowego. Wyposażone m.in. w nowoczesny sprzęt łączności i mapy elektroniczne powiatu, centrum przy okazji podwyższonego stanu wód w rzekach, przeszło swój pierwszy prawdziwy chrzest w sytuacji kryzysowej.

Autor artykułu: Janusz Pawul

Długa historia pewnej przesyłki

Wednesday, February 16th, 2005

BOLESŁAWIEC Pięć dni bolesławiecka poczta potrzebowała by dostarczyć list z jednej ulicy na drugą

- Mam taki zwyczaj, że nie chodzę tam, gdzie nie jestem zapraszany – mówi Jan Paździora. – Nie byłem na obchodach 60-lecia powrotu ziem zachodnich do macierzy, bo nie dostałem zaproszenia. To znaczy dostałem je, ale dopiero w poniedziałek. Uroczystości odbywały się w sobotę.

W zeszłą środę, 9 lutego organizator obchodów, Muzeum Ceramiki, wysłało zaproszenie do radnego Jana Paździory. Znalazł je w skrzynce 14 lutego, w poniedziałek i to po południu. Na kopercie jest data stempla pocztowego. Wewnątrz było zaproszenie.

Grzesznik mimo woli
- Zależało mi na tym, żeby być na tych uroczystościach – mówi adresat. – Tam gdzie mnie nie zapraszają to nie idę, bo nie chcę się źle czuć. Teraz mogą koledzy pomyśleć, że lekceważę taką uroczystość. Stałem się grzesznikiem nie z własnej woli.
Maria Tumiłowicz, naczelnik bolesławieckiej poczty w pierwszej chwili chyba nie uwierzyła w historię Jana Paździory. – Musiałabym to zobaczyć, zbadać sprawę, nie wiadomo, czy dostał ten list w poniedziałek.

Długa tajna trasa
Zaproszenie Muzeum Ceramiki w drogę wyruszyło w środę. Tego też dnia dotarło z ulicy Kutuzowa, gdzie kopertę zaklejono, na poczte główną przy ulicy Kaszubskiej, czyli pokonało około kilometrową odległość na nogach pracownika muzeum.
Tego też dnia koperta została ostemplowana. Mimo naszych starań nie udało się dowiedzieć, co działo się z nią od środy do poniedziałkowego ranka, kiedy to trafiła w ręce listonosza, który z ulicy Kaszubskiej zaniósł ją na Jana Pawła (około 2 km). Poczta strzeże informacji na temat tego, co działo się z kopertą – Takich informacji nie udzielę, to są tajemnice wewnętrzne – stwierdziła Maria Tumiłowicz.

Zgodnie z regulaminem
Choć Jana Paździorę podobnie jak nadawców koperty poczta zaskoczyła, to okazuje się, że przesyłka doszła zgodnie z pocztowymi regulaminami. List bez naklejki “priorytet” (a tak właśnie wysłano zaproszenia) to tak zwany list ekonomiczny, który według reguł jest doręczany do trzeciego dnia od nadania. W przypadku zaproszenia dniem pierwszym był czwartek. – Piątek to drugi dzień, sobota i niedziela nie liczy się, czyli 14 (poniedziałek) to jest dzień trzeci – wyliczyła dla nas naczelnik poczty. – Zmieściliśmy się w terminie.

Oszczędność niepopłaca
Pracownik Muzeum dotarł na pocztę z zaproszeniami w środę przed godziną 16. – Spytał, czy jeżeli poczta pójdzie priorytetem to dotrze na czwartek – mówi dyrektor Muzeum, Anna Bober-Tubaj. – Pani powiedziała mu, że na czwartek nie, ale dotrze na piątek. Poinformowała go też, że skoro to przesyłka miejscowa, dotrze na pewno i nie trzeba priorytetu. Pracownik podjął decyzję, że puszcza zaproszenia normalnie, bo nie chciał wydawać więcej pieniędzy niż trzeba.
Muzeum mogło oczywiście wcześniej wysłać zaproszenia, ale zwykle docierały w terminie. Nieoficjalnie dowiedzielismy się jednak, że program obchodów ustalono ostatatecznie w urzędzie miasta dopiero w środę rano.
- W latach 60 list z Wadowic do Bolesławca dostawałem następnego dnia po wysłaniu, jak wprowadzili kody w latach 70 to było o dzień dłużej – mówi Jan Paździora. – Człowiek wiedział na czym stoi a dziś nie ma reguły.

Autor artykułu: Bernard Łętowski

Proszą o pomoc

Tuesday, February 15th, 2005

JELENIA GÓRA Odpracują w zamian za wsparcie rzeczowe i finansowe

- Nie chcemy nic za darmo, możemy wszystko odpracować – mówi Bożena Banaś z Jeleniej Góry.

- Staram się o pomoc gdzie tylko mogę. Z opieki społecznej dostałam 120 złotych na zapłacenie zaległego czynszu, TPD zapłaci za gaz. Został jeszcze rachunek za energię, to już ponad 300 złotych. Nie mam pieniędzy, a boję się, że prąd mi odetną – żali się Bożena Banaś.
Kobieta od 30 lat jest na rencie z powodu poważnego urazu kręgosłupa, problemów z kolanami. Ma też wiele innych schorzeń, między innymi depresję, którą leczy w Specjalistycznym Ośrodku Pracy Socjalnej w Jeleniej Górze. Do choroby tej doprowadziła ją ciężka sytuacja finansowa. Bożena Banaś dostaje 355 złotych renty i około 110 złotych renty czeskiej, gdyż pracowała kiedyś w zakładach bawełniarskich u naszych południowych sąsiadów. Te pieniądze muszą starczyć na utrzymanie czteroosobowej rodziny. Partner pani Bożeny jest po ciężkim wypadku, w którym doznał urazu głowy. Stara się o rentę, ale teraz nie ma żadnych środków do życia. Zbiera makulaturę i puszki na złom, aby zdobyć kilka złotych na jedzenie. W domu są jeszcze dwie nastoletnie dziewczyny: 13-letnia Basia i 15-letnia Kinga. Starsza córka ma astmę i alergie.
- Dostaję niecałe 500 złotych renty. Same opłaty tyle wynoszą, a gdzie jedzenie, leki czy środki czystości? Zepsuła mi się lodówka, skrawkami mydła piorę ubrania ręcznie, bo mimo, że mam pralkę, to nie stać mnie na proszek do prania – opowiada Bożena Banaś. – Nie mamy butów na zimę, moje dziewczyny wracają ze szkoły z mokrymi nogami. Potrzebujemy każdej pomocy: materialnej i finansowej. Chętnie w zamian odpracujemy, np. w pracach porządkowych.
Mimo ciężkiej sytuacji rodzinnej, pani Bożena pomaga jeszcze w SOPS-ie innym ludziom, którym też w życiu nie jest lekko. Jak mówi, musi być silna, bo ma dla kogo żyć. Stara się jak może, aby jakoś wiązać koniec z końcem. Płaci rachunki w miarę możliwości, wymyśla obiady z mleka, ryżu i makaronu. Mimo swoich schorzeń do niektórych lekarzy nie jeździ, bo do Cieplic czy na Zabobrze jest za daleko, a zamiast biletu autobusowego woli kupić chleb. W trudnych chwilach pisze wiersze i maluje obrazy.

Każdy może pomóc
Rodzina pani Banaś potrzebuje obuwia, wykładzinę podłogową, żywność i pomoc w opłaceniu rachunku za energię i leki. Osoby mogące pomóc rodzinie z Jeleniej Góry, mogą otrzymać adres w redakcji Słowa Polskiego Gazety Wrocławskiej przy ulicy Skłodowskiej-Cuire 13.

Autor artykułu: JOANNA KAKUBA